Świadectwo ks. Bogdana Papiernika


Ksiądz Franciszek Blachnicki należy do grona kilku nieżyjących już kapłanów, którzy w istotny i bardzo głęboki sposób wpłynęli na moją duchowość kapłańską. Poznałem Księdza Franciszka w roku 1967 w Lublinie, kiedy rozpoczynałem studia pastoralne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.

Moja znajomość owego kapłana była początkowo bardzo powierzchowna. Kontakty z nim ograniczały się do słuchania prowadzonych przez niego wykładów, trudnych i bardzo monotonnych.

Olśnieniem stał się dla mnie jego artykuł "Odnowa liturgii w impasie? (Próba kapłańskiego rachunku sumienia)" zamieszczony w kwartalniku dla kapłanów Homo Dei", jaki przeczytałem w początkach 1968 roku, będąc wikariuszem w Bedoniu. Przezywałem wówczas przykry okres frustracji i zniechęcenia w pracy duszpasterskiej. Przeczytany artykuł natchnął mnie nową nadzieją. Natychmiast napisałem kilka słów listu do Księdza Blachnickiego, wyrażając chęć głębszego poznania ukazanej przez niego idei. Mój list został przyjęty z dużą serdecznością, tak przez księdza Blachnickiego, jak i przez jego otoczenie.

Wspominam jako człowieka modlitwy. Każdego wieczoru klękał w kaplicy domowej na prostej podłodze, by przez pół godziny trwać na adoracji. Pamiętam jego skupioną i rozmodloną twarz, jakby nieobecną w świecie. Tam, któregoś wieczora podczas spaceru, wiedząc, ze mam rozpocząć studia stacjonarne na KUL-u, bo do tej pory dojeżdżałem tylko do Lublina, zaproponował mi wspólne zamieszkanie w powstającej wspólnocie kapłańskiej na Sławinku. Nie wiedząc "czym to pachnie", propozycję przyjąłem. W październiku znalazłem się ze swoim niewielkim bagażem w domu przy ulicy Warszawskiej, licząc, że skoro mam studiować, znajdę tam ku temu odpowiednie warunki.

 

Księdza Franciszka nie było w domu. Jakiś nieznany mi młodzieniec przyjął mnie z wyniosłością i oziębłością, mówiąc, że dom jest przeładowany i żadnego miejsca tu nie ma, skoro jednak Ksiądz Profesor kazał mi przyjechać, to mogę na razie złożyć swoje rzeczy gdzieś w kąciku. Po spotkaniu z Księdzem Blachnickim zrozumiałem, że warunki bytowe są na razie bardzo trudne, ale poprawią się, ponieważ został kupiony nowy dom przy ulicy Armii Ludowej, w którym zamieszkamy wspólnie, także z księdzem Józefem Grygotowiczem, studentem katechetyki i kilkoma świeckimi młodzieńcami.


Dom, co prawda jest pusty i nie ogrzewany, ale nie jest ważne jak będziemy mieszkać i co będziemy jeść, nawet  studia nie są ważne, a jedynie to, aby budować autentyczną wspólnotę Żywego Kościoła i służyć sprawie odnowy życia chrześcijańskiego. Tak rozpoczął się dla mnie trudny rok, jeden z najtrudniejszych w moim życiu. Z księdzem Grygotowiczem staraliśmy się jako tako urządzić mieszkanie, aby było na czym spać i przy czym usiąść do pracy studenckiej. W komisie meblowym zakupiliśmy najniezbędniejsze skromne meble, w pokoju ustawiliśmy żelazny piecyk, aby zimą choć trochę ogrzać mieszkanie. Wyżywienie było bardzo skromne, a nawet mniej niż skromne, nie to jednak było najtrudniejsze. Najtrudniej było budować na co dzień ową wspólnotę "Żywego Kościoła", złożoną z ludzi o różnych charakterach, obciążonych niedoskonałością, rozmaitymi przyzwyczajeniami i odmiennym podejściem do tych samych wartości. Mimo to mieszkaliśmy wspólnie i uczestniczyliśmy w wielorakich działaniach Ojca. Wyjeżdżaliśmy co 6 tygodni na dni wspólnoty do różnych miast Polski, gdzie zawiązały się już wspólnoty oazowe. Ja, jako student liturgiki, brałem udział w pasjonujących mnie spotkaniach liturgistów, na których omawiało się aktualne problemy związane z posoborową odnową liturgii. Z ustanowienia Ojca byłem sekretarzem tych spotkań pisząc protokoły, zaś Ojciec redagował "Biuletyn Odnowy Liturgii", zamieszczany systematycznie w kwartalniku "Collectanea Theologica" łącznie z artykułami prelegentów spotkań.

 

Na prośbę Ojca zorganizowałem w Łodzi pierwsze spotkanie księży, na którym Ojciec zapoznał zebranych z ideą Ruchu Żywego Kościoła, jak nazywał się wówczas Ruch Światło-Życie. Idea ta nie była dotąd znana w diecezji łódzkiej. Zainteresował się nią żywo między innymi późniejszy arcybiskup i ordynariusz diecezji, ksiądz Władysław Ziółek. Należał do pierwszych kapłanów, którzy z zaangażowaniem zaczęli wysyłać ministrantów na wakacyjne oazy rekolekcyjne, a nawet osobiście przyjeżdżał do Krościenka, by śledzić ich formację. Jak wspominam Ojca z tego okresu?

 

Wspominam go jako człowieka oddanego bez reszty sprawie odnowy Kościoła, choć przez wielu ludzi nie był rozumiany. Wspominam jako człowieka modlitwy. Każdego wieczoru klękał w kaplicy domowej na prostej podłodze, by przez pół godziny trwać na adoracji. Pamiętam jego skupioną i rozmodloną twarz, jakby nieobecną w świecie.

 

Wspominam go też jako człowieka bardzo naturalnego i na swój sposób wesołego. Lubił żartować, choćby z jedzenia. Wędlinę jadało się wówczas bardzo rzadko, częściej różne pasty, nie wiadomo z czego robione, i sery. Pasty określał żartobliwie kolejnymi numerami, a zachęcając do jedzenia serów mawiał: "jedzcie sery, tylko sery dają w pracy zapał szczery". Charakterystyczne było jego powiedzenie z odpowiednim wydłużeniem samogłoski "u" dla wyrażenia stosunku do jakiejś nietypowej lub trudnej sytuacji: "o ludzie", lub po prostu "ludzie". W domu przy ulicy Armii Ludowej mieszkałem do końca pierwszego roku moich studiów, po czym biskup odwołał mnie do innych zadań.

 

Na studia wróciłem po urlopie dziekańskim w roku 1970, ale tym razem zamieszkałem już w konwikcie dla księży studentów. Z Ojcem i ze wspólnotą pozostawałem nadal w bliskim kontakcie, tak w czasie studiów, jak i po ich ukończeniu. Brałem udział w różnych spotkaniach Ruchu, w sympozjach liturgicznych w Krościenku, gdzie również sekretarzowałem, uczestniczyłem w formacji dla kapłanów, prowadziłem oazy wakacyjne. Latem w roku 1975 pojechałem do Krościenka, aby trochę odpocząć w tamtej atmosferze, nie zamierzałem jednak prowadzić oazy. Ojciec, zobaczywszy mnie powiedział: "jak dobrze, że ksiądz Bohdan przyjechał, bo za trzy dni rozpoczyna się Oaza Dzieci Bożych w Tylce, a nie ma moderatora ani animatorów. Niech ksiądz zorganizuje animatorów i poprowadzi tę oazę". Przed rozmową z Ojcem ani by mi do głowy nie przyszło, żeby bez poważniejszego przygotowania podejmować się prowadzenia oazy, Ojciec jednak bez wielkich słów potrafił natchnąć zapałem, tak że rzeczy niemożliwe stawały się możliwe. Pojechałem do Łodzi, w ciągu jednego dnia zorganizowałem animatorów i powróciłem, aby przy pomocy wspaniałej Siostry Marii Steckiej i Edka Wali poprowadzić oazą. W ten sposób Ojciec "ożenił" mnie z Tyłka, bo od tej pory przez ponad 20 lat organizowałem tam Oazy Dzieci Bożych. Więź z Ojcem pogłębiła się jeszcze bardziej, kiedy w Polsce dało się odczuć nadchodzący powiew wolności, a ja w roku 1977 związałem się z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Zauważyłem, że Ojciec solidaryzuje się ze mną i że leżą mu na sercu te sprawy. To mnie podniosło na duchu i umocniło w przekonaniu o słuszności podjętych działań, bo niełatwo było wówczas iść niekonwencjonalną drogą. Później przyszedł okres działalności Ojca w Carlsbergu. Bardzo chciałem spotkać się z Ojcem, ale niełatwo było wtedy otrzymać pozwolenie na wyjazd za granicę. Kiedy wreszcie w roku 1984 otrzymałem paszport, by jechać z pielgrzymką do Rzymu, nie omieszkałem zaraz potem wyrwać się do Niemiec. Od tej pory przed dwa lata spędzałem wakacje u znajomych w Deidesheim, niedaleko Carlsbergu, i stamtąd wielokrotnie jeździłem do "Marianum".   Ojciec okazywał mi wtedy wiele serdeczności i życzliwości. Zapraszał na odbywające się tam uroczystości, jak święcenia diakonatu czterech kandydatów do kapłaństwa z Ruchu i poświęcenie drukarni "Maximilianum". Brałem udział w różnych spotkaniach, Mszach Św. oazowych i dniach wspólnoty. Ojciec opowiadał o swoich kłopotach i przeciwnościach, jakie musiał pokonywać. Ostatnie spotkanie z Ojcem nastąpiło w niecodziennych okolicznościach. Jadąc kiedyś z Deidesheim do Carlsbergu, zauważyłem z dala stojącego na poboczu drogi człowieka, jakby czekającego "na okazję". Zdziwiłem się, ponieważ w Niemczech nie było to we zwyczaju. Kiedy się zbliżyłem, rozpoznałem w czekającym Ojca. Ucieszył się bardzo i powiedział: "ksiądz Bohdan mi z nieba spadł, bo spieszę się na umówione spotkanie, a nie mam czym wrócić". Okazało się, że Ojciec wybrał się tego dnia w góry na samotne skupienie, a teraz powracał do domu. Spoglądając wstecz na ten dwudziestoletni okres mojej znajomości z Księdzem Franciszkiem Blachnickim, muszę powiedzieć, że odbieram go jako człowieka opatrznościowego dla Kościoła w Polsce. Był charyzmatykiem, który potrafił umiłowaną ideę wprowadzić w czyn i porwać dla niej setki tysięcy młodych ludzi i nie tylko młodych w całej Polsce. Nigdy nie pytał, czy wolno, ale czy trzeba. Był człowiekiem ryzyka. Bez pieniędzy i bez żadnych środków materialnych, a często i bez poparcia osób, na które powinien liczyć, rozpoczynał dzieła, które wbrew ludzkim prognozom nie tylko nie upadły, ale się rozwijały. Oby jego dzieło nie przestało przynosić błogosławionych owoców.

Ks. Bohdan Papiernik Łódź, 6 listopada 1996 roku.

Joomla templates by a4joomla